Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wieś póki czas, póki ludzie nie wiedzą jeszcze... A bo to usłuchała... Aż ją dzisiaj wzięły boleści w oborze przy dojeniu... cały skopek mleka wylała... a moja Frania przylata zestraszona i krzyczy, że Magdzie się coś stało! Jezus Maria, w moim domu taki wstyd, a coby to i ksiądz proboszcz na to powiedział! A wynoś mi się z przed domu, bo cię na drogę wyrzucić każę! — wrzasnęła raz jeszcze, wyskakując przed dom.
Magda porwała się z pod ściany i z płaczem a wyrzekaniem zaczęła zbierać szmaty i wiązać w toboły.
— Chodźcie do mieszkania, bo zimno. Żeby mi tu i znaku po tobie nie zostało! — krzyknęła na odchodnem.
Powiedła Hankę przez długą sień.
Ogromną, niską izbę rozświetlał ogień, płonący na trzonie komina. Organista rozdziany, w koszuli tylko i z podwiniętemi rękawami, czerwony jak rak, siedział przed ogniem i piekł opłatki... co chwila czerpał łyżką z michy rozrobione, płynne ciasto, rozlewał je na żelazną formę, ściskał, aż syczało, i kładł nad ogniem, wspierając na cegle, sztorcem ustawionej, przewracał formę, wyjmował opłatek i rzucał na niski stołek, przed którym siedział mały chłopak i obcinał nożyczkami do równa.
Hanka pozdrowiła wszystkich, a organiścinę pocałowała w rękę.
— Siadajcie, rozgrzejcie się, cóż tam u was słychać?
Juści, tak zaraz nie mogła się zebrać na to jakie słowo, nie śmiała, rozglądając się po stancji i zazierając ukradkiem do drugiego pokoju, gdzie wprost drzwi, na długim stole pod ścianą, bieliły się stosy opłatków,