Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zuchę, bo chłop jakiś wszedł i coś powiedział, że organista krzyknął.
— Michał! Do chrztu przyjechali, weź klucze i idź do kościoła, bo Jambroży posługuje na plebanji, ksiądz już wie...
Muzyka umilkła i przez izbę przeszedł wysoki, blady chłopak.
— Po bracie sierota, na organistę u mojego praktykuje, z łaski jeno mój go uczy, cóż robić, trza się i nadszarpnąć a krewniakowi pomóc...
Hanka się rozgadała, pomału, jękliwie a dała upust żalom swoim i turbacjom. Od trzech tygodni, pierwszy raz mogła się wygadać dosyta.
Słuchali jej. Powiadali swoje, a choć się strzegli, aby o Borynie nie powiedzieć słowa, użalali się nad nią tak poczciwie, aż się pobeczała, a organiścina, że to mądra kobieta, wnet zmiarkowała i pierwsza rzekła:
— Czasu może wam co zbędzie, tobyście oprzędli mi wełnę. Pakulinie miałam dać, ale weźcie wy; tylko na kółku oprzędźcie, bo na przęślicy nić wyjdzie nie równo.
— Bóg zapłać, adyć mi trza roboty, inom prosić nie śmiała...
— No, no, nie dziękujcie; człowiek powinien pomagać drugiemu. Wełna już gręplowana, a będzie jej ze sto funtów.
— Uprzędę, umiem dobrze, przecież u ojca samam dla wszystkich i przędła i tkała i farbowała, nie kupowali na przyodziewek, nie.
— Obaczcie, sucha i miętka.
— Musi być z dworskich owiec, śliczna wełna...