Strona:Władysław Sebyła - Koncert egotyczny.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To słowa, rycerzu. To wyrazy stosunku mnie, mego działającego umysłu, jako energji w ruchu, do nazw, do słów, do czynów. Nazwa — to błysk światła od uderzenia ręką, okiem, uchem o rzecz. Pojęcie oderwane to błysk światła od uderzenia o nazwy. Prawda, dobro? To wyrazy mojego stosunku do stosunków, że tak powiem. Nic pozatem. Nie buduj, rycerzu, na słowach. To zamki na lodzie, które rozpłyną się we mgle, skoro wstawisz w nie jedną rzeczywistą cegłę.
— To śmieszne, co mówisz, książę. Wolę swoje wiatraki. Słowa — to wyrazy. Wyrazy twojego stosunku do rzeczy. A któż ty jesteś, mój książę?
— Ja jestem ciemna siła, która uderzając o rzecz błyska światłem. Jestem wolą dnia.
— A ja jestem wolą nocy?
— Ty jesteś wolą nocy, a ja jestem noc, która się rusza, która z ciemności wysyła ku tobie swoje wojska, która krąży ramionami wiatraków, z którą walczysz, Don Kichocie, Rycerzu smętnego oblicza.
— Ty jesteś noc, która pochłania rzeczywistość, z twojej ciemności wypełzają ku mnie słowa-mary i słowa-widziadła, abym walczył z niemi. Idą ku mnie wiatraki, idą ku mnie chmury pyłu i dudni ziemia tupotem kopyt stad owiec, idą na mnie rzeczy groźne i nieustępliwe. Wiatraku, który stoisz przede mną i machasz skrzy-