Strona:Władysław Sebyła - Koncert egotyczny.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tomasz, który wierzy dopiero wtedy, gdy rany dotyka. Ty jesteś, jak żyd, który wierzy w zakon, w słowo, który świat chce nagiąć do słowa, który mówi: tem gorzej dla świata. A może ty nie jesteś rycerzem — możeś wiatrakiem? Nie wiem. Ciemno jest i nie widzę... Dźwięczy blacha. Tak, to ty, Rycerzu smętnego oblicza. Ty jesteś wolą nocy, podległą słowu, a ja jestem wolą dnia, który widzi rzeczy.
— Nic mnie nie obchodzą rzeczy. Ja walczę z ludźmi, z oporem mojego świata. Moje wiatraki — to zaczarowane olbrzymy, moje owce — to zaczarowane armje. Mój świat żyje, choć zaczarowany. Nie wiem, co to są rzeczy. Ty wiesz, książę?
— Nie wiem. Wiem, co to słowa.
— Słowa? No, co?
— To wyrazy.
— Ha, ha ha, wyrazy! Kpisz, książę! Więc wiatraki, to też wyrazy. Hi, ha, ha! I cóż chcesz przez to wyrazić?
— Wiatrak — to wyraz, rycerzu. Wyraz stosunku człowieka działającego do rzeczy, która jest wiatrakiem. Moje słowa są tylko wyrazem stosunku mnie, jako energji w ruchu, do tego, co jest poza mną, do rzeczy.
— Ale moje rzeczy do mnie należą. Mój świat jest we mnie. A twój, czy ty nie masz swojego świata? A dobro, prawda, myśl — co to, książę?