Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Raniutko — tak pięknie na polu, że śmiać się tylko do letnich obrazków dnia słonecznego!... Ona łzy ma i smutek na twarzy, równie piękny jak uśmiech. Piękności swej nie czytała z luster, a w wodzie-zwierciedle widziała za sobą błękitne niebo. Porównywać nie śmiała... Jej — do nieba!...
Łamanem światłem, pomięszanem z czernią błękitnawą lasu i zielonością szarą łąk, wpadało słonko do chatki...
W świetle tem roztęskniona Anielka, z załamaneni rączkami, jasnowłosa i smukła, a przygnębiona nieszczęściem, była żywym obrazkiem „pięknego smutku“.
Oczka sine, duże, do słonka posyła, jakby stamtąd pomocy błagała. O ludziach ani pomyślała dotąd! „Oni tacy zimni!“ Wszak znała ich od dziecka. Do wsi biegała często, kiedy żyła jeszcze matka. Mamusię zabrał Bóg do siebie — o, już dawno — mało nawet pamięta... Rosła przy ojcu, owce pasała na polanie, a ojciec w lesie ścinał drzewo żydowi. Z miasta przynosił żywności, mleka mieli dość. Było im tak dobrze... Kiedy podrosła, ojciec sprzedał owce, mówiąc, że się boi o nią, że sama już paść nie powinna. Dziwiła się temu, bo przecie gdy malutka pasała, ojciec się nie bał, pozwalał gnać daleko na polanę, a skoro podrosła... Dziwnem jej się to wydawało. Cóż? musiała słuchać.