Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


koniowi pomoże — i rzecby można, że to drugie bydlę, któremu nędza kazała mieć jeden cel z tamtym: dowlec drzewo do fabryki, by za krwawo zarobiony grosz żywności kupić i popchnąć jakoś biedę...
Przy kamienistej drodze dom stoi drewniany, mało różniący się od innych chałup wiejskich; napis tylko nade drzwiami wskazuje, że to szkoła, mieszkanie „pana prefesora“ i świątynia wiedzy dla nędznie okrytej dziatwy...
Właśnie dzwonek przebrzmiał po rannej nauce. Wysypała się dziatwa na drogę... Małe biedactwo, skulone od zimna, spieszy każde w inną stronę na obiad... Obiad!... nigdzie chyba nie ma większej ironii, jak w tym znaczeniu użyte słowo. Na cały ich obiad składają się: ziemniaki od rana przygrzane i parę łyżek owsianego żuru...
W pokoju „pana prefesora“, który służy za sypialnię, kancelarię i bawialny pokój, jeżeli kiedy jest takim — dwóch ludzi się znajduje: pan nauczyciel, który co dopiero z izby szkolnej wyszedł, i młody pan Władysław R., który z wizytą zawitał w nędzne progi nauczycielstwa. Żona nauczyciela Z** w kuchni przyrządzaniem obiadu zajęta.
— Jak ci się tu, Michale, powodzi?... — zapytał nauczyciela pan Władysław.
— Jak zawsze... — brzmi odpowiedź tonem przygnębienia. — Wlecze się życie z dnia na dzień wśród utrapień rozmaitych...