Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i słyszał. Dowiedzieliście sie trochę o czarach i wróżach, to ja wam teraz powiem o strzygoniach.
— Rety!
— Jakech jeszcze był parobkiem, to nam tatuś opowiadali, a im znowu opowiadał stary gróbarz, Rapta: Jak umarł Grzesiak z Wyrobisk, to więcej jak pół roku chodził po śmierci: niejeden go widział, bo nim telo zeszło czasu, i nim on telo schodził dróg, to sie przecie nie z jednym musiał spotkać. A najwięcej o nim opowiadała jego baba. To też strach był w całej wsi, nikt nie śmiał wieczorem iść, bo sie bali, bo to nie co inszego z umarłym sie spotkać, — a on w każdziuteńką noc chodził. Zrazu to sie go i baba jego bała, pono ta i u księdza była, żeby co zaradził. Ksiądz nabożeństwo odprawił, kazał sie modlić, dał i święconej wody, ale to nic nie pomagało. A potem to już i przywykła; bo, moiściewy, on ta nie próżnował, jak zaszedł; snopków omłócił parę, drew urąbał, a jak trza było, to i do lasa objechał po nocy.
— Oj rety, rety! Dyć to trudno miała być prawda! — podniosły się głosy pośród młodych.
— Jakby nie była prawda, toby starzy ludzie nie gadali. Nie cudujcie sie daremno, raczej słuchajcie dalej.
— I tak, jak powiedziałech, długi czas do niej chodził. Trafiło sie dnia jednego, że ją odwiedziła kumoszka. „Bójcie sie Boga — powiada — i wy