Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Idźcie już spać, chrzestny ojcze, — doradzali młodzi. — Dyć już dość tego będzie na chwałę Boską, — czy nie?
Stary od pieca, słysząc to, zabiadał:
— Ej, ta młodzież dzisiejsza, ta młodzież! Już sie jej cnie, widzicie... A tu choćby człek całe życie chwalił Pana Boga, to i tak nie przewieldzy. O, bo nie! Przyjdzie ona starość ku wam, przybliży sie i koniec. A na ten koniec ostatni nikt sie nie obziera...
Kościelny dorad usłuchnął, bo nie mógł nijak snu przemóc; pożegnał się ze wszystkimi i pomału poszedł.
Teraz chłopcy i dziewczęta zaczęli suszyć głowy starym, żeby im opowiadali ciekawe powieści.
— Wy, dziadku od Wyżnego, opowiedzcie co o strachach! — prosili chłopcy.
— O nie, dziadku, nie o strachach, bo by my sie bały iść do chałup, raczej powiedzcie co o czarownikach.
Dziadek się nie dał długo prosić. Wysunął się bliżej światła i zaczął:
— No, słuchajcie i uwazujcie pilnie, bo co wam opowiem, to prawda. Jakech jeszcze parobkował, to na naszem osiedlu był gazda, przezwiskiem Rokita, ale wyście młodzi nie zaznali, bo to wszystko już dawno pomarło. To, moiściewy, na tego Rokitę gadali, a bardziej na jego babę, że oni narabiali z czarami. To też ja nieraz zaszedł z cieka-