Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wszyscy-ście już? — odezwał się stary gazda z za pieca.
— A cóż wam ta, dziadku, za tym piecem brakuje? — odpowiedziały prządki, i przędły.
— Co by mi brakowało... Ale kie przyszedł kumoter kościelny, to go trza uprosić, żeby przepowiadał, a wy młodzi przyśpiewujcie, nie zwieszajcie głów. Lepiej jakbądź Boga chwalić, niż o różnościach świata myśleć. W sieni leży niebo życzka, trzaby i za jej duszę co zaofiarować...
Starzy gazdowie przytaknęli:
— Oj, tak, tak, bo i nam niezadługo tego bedzie trzeba.
Jeden z kąta się odezwał.
— Oho, bo ona ta już usłyszy!
— Będziesz tam cicho, niedowiarku! Trup nie usłyszy, ba dusza. No, zaczynajcie kumie, a ty wszystka zgracho, śpiewaj, ale razem, zgodnie!...
Stary kościelny przeżegnał się, a za nim wszyscy, i zaczął zwolna przepowiadać:

Wszyscy ludzie posłuchajcie
I na koniec poziór dajcie, —
Bo dzień sądu, dzień straszliwy
Nadejdzie bardzo smutliwy.

I zaśpiewali parę pieśni: to o sądzie ostatecznym, to o duszach w czyśćcu; kościelny przepowiadał, a ci wiedli nutę, jak które mogło i zdołało.
Aż się wreszcie kościelnemu zaczęło drzemać.