Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wości i zastałech ją czasem, jak w maślniczce robiła i masło wybierała, to aże-ch sie za głowę łapał, bom takiej kupy masła nie widział, jak żyję, ani na plebanji, ani na jarmarku.
— O rety, rety! E, cóż oni do tego wiedzieli? — pytały prządki.
— Ba, co wiedzieli... — odkrzypnął stary i prawił: — Przestęp w ogródku mieli, ten, co to zabiera z za dziesięciu miedz mleko i masło.
Młodzi sie zadziwowali i zaczęli pytać:
— A widzieliście też, dziadku, jakie to było?
— Abo to tak łatwo było ujrzeć! Płot był wysoki... Zaglądali my nieraz ukradkiem, to my widzieli liście czarne i szerokie, ale to nic — liście, bo to w korzeniach ma siłę, i to wam takie to nieszczęście: jak go poruszać wtedy, kie nie trza, to buczy... tak wam wyraźnie buczy, jak wół, kiedy się zabiera bóść i darnie nogami wyrzuca.
— O świecie, a kiedyż to taki czas, co go można dostać?
— Hę, kiedy... E, w wiliję świętego Wojciecha koło północy. Wtedy to on nie buczy, da sie dostać. Zawdy go Rokitowa podlewała popłuczką ze skopca...
— Takie, to babom opowiadać! — przerwał Kasper.
— No, czekaj, to ja tu i co innego opowiem. Pasternak sprzedał na jarmarku woły i, jak to zwykle litkup piją, napił się po swojemu, ledwie