Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


duszę swe załzawione wejrzenie, pociągnęła moje oko za swojem...
— Spójrz jeszcze raz ze mną na doliny!... — rzekła łagodnie.
Posłuszny siostrzycy, spojrzałem — i tchnienie zatrzymałem w bolesnym podziwie... Bo oto znikły mi obrazy cudne, jakie przedtem widziałem — a pozostała jakaś smętność czyśćcowa... Łąki chwastami porosły; tam, gdzie siniały lasy — nagich pniaków gromada sterczy... Na roli kamienistej, twardej, widziałem człeka, który mozolnie rył motyką ziemię niewdzięczną; pot spływał mu kroplami z czoła, a on z dziką zawziętością kopał ziemię i nie ustawał, póki korzonka nie dostał z pod kamieni... Wtedy rzucał motykę, siadł i połykał chciwie owoc dobyty. Ludzi widziałem gromadę, kłócących się zawzięcie o jedną skibę ziemi... Nędzarzy widziałem, którzy stali na podwórzu murowanego dworu; wiatr, jak pies, targał im resztę łachmanów i mrozem żarł czerwone ciało, a oni wzrok łakomy utkwili w okna wspaniałej sali. Widziałem nędzarzy gromadę, która wychodziła ze wsi na zachód, zapatrzona w słońce, złotem występujące z za oceanu... Wracając wejrzeniem, dostrzegłem na drodze człowieka mizernego, który całował ręce bliźniego swego. A ów bliźni miał oblicze Izraela...
Zadrżałem, widząc to wszystko — i pogasło mi światło w oczach, a cienie przeraźliwe za-