Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


siły wstrzymać jej... Z trzema ukochanymi siostrzycami szedłem po ziemi, a zdało mi się jednak, że płynę powietrzem, bo pod stopami mgły widziałem i białą pościel śnieżną... Aż oto stanęliśmy na górze Śnieżnej, blado oświetleni promieniami księżyca... Siostrzyca Miłość wpatrzyła się we mnie i na dnie duszy mej jakieś nieznane przedtem zrodziło się uczucie. A ona zdjęła wzrok swój z mej duszy i poleciała nim na doliny... Za okiem jej szedłem niewolniczo — i widziałem na dolinie braci moich i siostry me, widziałem ich serca czyste i nieskażone żadną plamą... Chaty widziałem malownicze, łany zielone i łąki, i sine lasy widziałem, tonące w blasku księżyca... Tęsknota niewytłumaczona ciągła mię do tych braci, pól i lasów — i zdało mi się, że tam chyba jest ów raj Chrystusowy... A oto zbliżyła się do mnie siostrzyca Fantazja i za moim pobiegła spojrzeniem... I nagle obrazy owe poczęły mienić się barwami tęcz i obłocznych kolorów i występować zdziwionemu oku rozkoszne i wspaniałe, o jakich nigdy we snach nie zamarzyłem...
— Boska moja ziemio! — zawołałem z przejęciem — czemu ja ciebie nie widział nigdy taką cudną i rozkoszną!...
— Siostrzyce! zejdźmy na doliny. Poco nam ku niebu latać! — i chciałem zstąpić pierwszy...
Gdy oto Prawda, która smutna stała na uboczu, przybliżyła się do mnie i kładąc na moją