Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


a księżyc znudzony niecierpliwie promieniami muskał dwie głowy... To bladł, to się czerwienił... I oni ocknęli się ze snu... Kto wie, czy drugi taki prześnią?... Niedługo snów złotych — niedługo...
— Władziu, czas — przerwała Marja uroczą mowę bez słów.
— Niestety!... — wyszeptał Władysław.
— Powrócimy osobno. Bo ludzie ludźmi. Domysły...
Jeszcze jeden, długi, namiętny pocałunek i Maria znikła za cieniem drzwi... Został Władysław — w tej samej pozie, co przedtem — tylko z innemi myślami... Tak samo były zagmatwane, ale wszystkie wesołe, pełne nadziei... Nadziejo! Kogoś ty nie zwiodła!!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

I ja miałem czarowną noc księżyca — i ja miałem sen krótki, który mi jednak na zawsze zostanie w pamięci...
Oto wyszedłem z chaty mej pod lasem i wziąłem z sobą towarzyszki moje, by z niemi prześnić tę noc księżycową. A towarzyszki owe zowią się Miłość i Prawda. Trzecią siostrzycę, której imię jest Fantazja, chciałem zostawić w chacie. Lecz ona gwałtem się uparła iść ze mną i nie miałem