Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chwilę jakąś milczeli oboje.
— Pani jutro odjeżdża... — począł drżącym głosem Władysław.
— I może — i nie...
— Czy doprawdy?!....
— To zależeć będzie od okoliczności, czy zostanę...
— A te okoliczności?
— A te okoliczności... — powtórzyła Marja z namysłem. — To pan... — dodała ciszej, przerażona głośno wypowiedzianą myślą.
— Ja?!... — zawołał ucieszony, niedowierzający jeszcze Władysław i oczyma wpił się w jej czarne źrenice... Długo patrzeli w siebie, a księżyc promieniem raz na jedno, drugi raz na drugie spoglądał. Księżyc, dobry swat, promieniami ich łączył i może pod jego wpływem zbliżyły się ich ręce i usta złączyły... Czarowna była noc, czarowniejsza jednak grupa dwojga szczęśliwych!... Z zewnątrz muzyka płynęła i nie było już kontrastu ani dysharmonji pomiędzy wesołemi tony skrzypiec i miłosnym taktem dwojga serc...
— Maniu!... Władziu!... — szeptały wargi młodych. W tych dwu wyrazach streściła się powieść przeszłości i marzenia przyszłych dni...
W szczęściu czas płynie szybko jak potok — w smutku jak powolna rzeka się toczy... Im czas widać szybkim strumieniem przepłynął, bo i śmiechy ustały w sali, muzyka przebrzmiała,