Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zasłuchani; w oczach każdego lęk się malował nieopisany...
— He, moiściewy — kończył — szkaplerze zostawił, bo to świętości „zły“ się nie dotknie... I pięćdziesiątkę, wicie, zostawił za nią chłopu. Drożej kupił, jak żydzi Poniezusa. Żeby choć stówkę — ale on wiedział, że więcej nie warta...
Skończył i śledził okropne wrażenie, jakie na słuchających uczynił opowiadaniem swojem.
— Jo se tyz myślę, — podjął niski chłopina — cemu to tak kiesi jęcało, jaze strach... A to wicie...
— Po lesie to wykrocało jedle i gnało kasi ku północy... — objaśniał stary leśny.
— A moja baba to ogień widziała w powietrzu — dorzucił jakiś gazda. — Jędrek zaś od Cieśle to słysoł na włosne usy, jak cosi krzycało tak straśliwie, ze go jaz ciarki przechodziły po skórze...
— He, widzicie, widzicie... — potakiwał organista.
— Jo zaś — podjęła nieśmiało jakaś kobiecina — widziałach niedowno koło wiecora, jak pon jakiś sed ku Jakóbowy chałupie. Zdawało mi się, ze to nas pon ze dwora, ale se myślę: cozby on tu teroz chcioł o ty porze?... Zaroz mie cosi pikło — przyblizyłach sie ku niemu, pochwaliłach Boga, ale on sie odwróciół tworzom — i nic nie odpedzioł... A tu, jakże mioł odpedzieć, kie to musioł być „zły“... Strach mnie wzion i zawróciłach