Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


odrazu; szkoda ino, zech mu na nogi nie poźrała — musioł mieć kopyta...
— He, „on“ się umie przebierać w cudzą postać... — zauważył organista. — Słyszeliście przecię, jak ksiądz gadał... A słuchojcie-no, Marcinowo, to „on“ był po pańsku ubrany?...
— Ano — tyz godom, ze był cołkem do pana ze dwora podobny!...
— Panowie po ciemku syscy jednako wyglądają... — oświadczył jakiś gazda.
— No, nie stójmyż tak, — zauważył organista — bo ksiądz wyjdzie z kościoła i nagada nam, co się zmieści... Lepij chodźmy do Ziśla!...
I cała gromada z organistą na czele ruszyła do sklepu, gdzie obok korzennych towarów był wyszynk trunków i osobne, zabrudzone stancje dla gości. Nade drzwiami widniał już zdaleka czarnożółty szyld: „Aron Süssel“, obok „Wyszynk rużnych trónkóf“.
Kiedy już wchodzili do drzwi, Marcinowa szarpnęła organistę za surdut, wskazując na pijanego chłopa, który się tarzał koło ławek:
— Ciewy, edy-to Jakób...
Organista spojrzał na pijanego i szybko odwrócił twarz, przechodząc do szynkownej izby...
A pijany Jakób, o głupowatym wyrazie twarzy, krzyczał na całe gardło:

Jak baba ladaco — to i djabli potem!...
Kie ci sie udała — to ij zapłoć złotem!...