Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A był. Właśnie miało się ku wieczorowi... Baba wróciła z miasta, z jarmarku — i, zmordowana drogą, legła sobie w izdebce; a Jakób siedział w piekarni. Medytował sobie i rozważał swoją dolę, a markotno mu się robiło, jak ino wspomniał na żonę. Widział oczywiście, że go oszukuje... „E, zeby ją już raz djabli wzięni!..“ — pedzioł se naostalku. No i, widzicie, „zły“ niedługo kazał czekać na siebie. Bo jak ino to pedziół — tak nagle drzwi „cosi“ otwarło ze sieni i wlazło do izdebki... Jakób się zląkł, bo przecie drzwi zamknął — „ktozby je z pola otworzył...“ Wzdrygnął się czegosi i bał się iść do izdebki. Poprawił ognia na „nolepie“, nałożył fajkę i ledwo zaczął kurzyć — kie, jak wom nagle zadźwięczą okna, jak wom dach pocznie trzeszczeć!... Zdawało się Jakóbowi, że się chałupa zwali... Drzwi pootwierało na oścież i wyło tak, że niech ręka bosko broni!... Jakób się przeżegnał, upadł na kolana i skoro trzy „Zdrowaś“ odmówił — wszystko ustało. Poziera się potem — a tu drzwi zamknięte, wszędy cichutko. Wziął „ślajze“,[1] poszedł do izdebki, a nogi mu się trzęsły, jakby we febrze... W izdebce nie zastał nikogo: ani baby, ani żywe dusze — ino na stole leżały szkaplerze i cała pięćdziesiątka...

Tu przestał i spojrzał po ludziach, którzy stali

  1. Ślajze = łuczywo (niem. Schleise).