Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ojciec pochylił się ku ziemi ze zgryzoty. Twarz matczyna jeszcze więcej pokrajała się bruzdami, — a Rózia pracowała za matkę i za siebie. Chwilami tylko wolnemi biegła nad potok i patrzała w wodę — długo... co jej też fale wywróżą?...
Minął rok drugi — i trzeci się zaczął, a Rózia ciągle była „na wydaniu...“