Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sycząco jeszcze ze sieni... I tak się skończyły „nomowiny“.
Tych „nomowin“ było jeszcze parę; bo Rózia ani wspominać sobie o Walku nie dała. Zawsze bierna, posłuszna — teraz w przeświadczeniu, że to idzie o jej los — nie hardo, ale stanowczo odpowiadała rodzicom, że za Walka „nie pudzie“.
Widząc ojcowie, że nie złamią jej uporu, przestali ją namawiać.
Zato w parę niedziel później zjawił się nowy konkurent, ale ten, widząc niechęć ze strony Rózi — sam się usunął...
Podobał się wielom skrawek gruntu, który miał Rózi przypaść, ale jej opryskliwość dla każdego odstraszała ich i z czasem przestali o niej myśleć... „Przecię tela dziewcąt po wsi... Hej!... a i gruntów nie brakuje, byle ino stówki były. A jakoz!...“
Wojtuś zniknął... Wszyscy stracili o nim słuch; listów nikt od niego nie odbierał. „Kazby przysły z telego dola — kie on kasi jaze za morze pojechoł!...“ — mówili ludzie.
A Rózia czekała cierpliwie. Rok jeden minął i drugi się zaczął — a jego nie widać... „Pedzioł, ze przyjedzie, jak ino stówki zarobi...“
Coraz częściej zachodziła nad potok... Coraz częściej i rzewniej nuciła:

Wietrzycek liściami po konarach suści —
Załoś moja, załoś już mie nie opuści...