Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kasi[1] sie Rózia podziała... — zauważył Walek. — Zawołojciez je, matusiu, niech sie z nami napije.
— Róziu!... — podniosła głos matka — pódźino!...
Ale Rózia nie „usłuchła“ tą razą.
— Otoć tak, moi kochani — ciągnął pompatycznie „stryk“ — jak sie wom nie widzi markotno, to przyjmijcie Walka do chałupy... Przystępuję prosto, bo casu nima na długie godania. A zreśtom i krótko to samo sie powie, coby tyz i nodłuzy godoł. Dyć Walka znocie — wiecie, ze je przecie pracowity, nie lumpok zoden, to sie go nie obowiojcie!... Gołego nie przyjmiecie, bo bedzie mioł siedem stówek cystych, a przyodziewku i norzędzi gospodarskich tyz mu nie zabraknie... W zostępstwie ojca wom to orenduję i ufom, ze przecię ozwozycie se w głowie i odpowiecie jako przychylnie...
Tu skończył i spojrzał pytająco po obojgu. Wałek też, szturknięty łokciem przez stryka, skoczył do kolan ojca i matki.
— Dyć mie tyz przyjmijcie, tatusiu — i wy matuś...

Ojcowie zdawali się namyślać, choć oboje mieli odpowiedź na końcu języka. Po chwili, niby po długiej rozwadze, odezwał się na to ojciec:

  1. Kasi = gdziesi, ka = gdzie (na Podkarpaciu), kany = gdzie, dokąd.