Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Jakze sie mos, Waluś?... — powitała go radośnie gaździna.
— E, tak ta — chwała Bogu... — odpowiedział i usiadł na niskiej ławie.
Chwilkę milczeli wszyscy, czekając, które najpierw zacznie. Goście chrząkali, to pozierali na siebie — wreszcie powstał stary i począł uroczyście:
— Wiadomo wam, zacni kumotrowie, poco my przyszli... Na jarmarku Walek wspominoł. Prowda? — zwrócił się do siedzącego.
— Prowda!... stryku — odrzekł tenże.
— Zatem rzeksy, jak przystoi — syczał cienko kum, „strykem“ nazwany — przystępuję prosto do oracyje, coby syćko od razu wyjośnić...
Rózia dorozumiewając się, o co chodzi, znalazła jakiś pilny interes i wybiegła do izdebki.[1]
„Stryk“ wyciągnął tymczasem „graniatówkę“ z rękawa, z kieszeni „serdocka“ wyjął kieliszek — i przypił czerwonym płynem do gospodarza, który siadł naprzeciw na „gnocie“.
— Na zdrowie!... kumie...
— Dej wom Boze — jak nodłuzy!

Kolejka przeszła szybko.

  1. Izdebka = świetlica. Dom składa się zazwyczaj z dwóch izb: jedna — piekarnia, druga — izdebka, gdzie ściany obwieszone obrazami, i zazwyczaj wapnem bielone. W biedniejszych domach jest tylko piekarnia.