Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kniętemi oczyma, po omacku. Utknął się na drwach, leżących przy nalepie.
— Ścieklina! — zaklął, nie wiedzieć komu.
— Nie umies chodzić, zdechlino? — wrzasła mu nad uchem matka, zamierzając się ocedzarką. — Jesce łbem wpadnies do gorcka... Uwazuj na się!
— A wtoz drwa nakłodł przy nolepie? — oburzył się «głuchy» Józek. — Moze ty, wędrowne ocy! — zwrócił się do Maryny.
«Wędrowne ocy» drzemały nad skrobaniem. Skoczyła, jak oparzona.
— E coz ty chces odemnie, ty psie oblazły!...
— Cit! — przerwała jej matka. — Skrob wartko, bo nie uskrobies na śródpołuń!
Przysunęła cebrzyczek, siadła z drugiej strony koszyka, wzięła nóż i poczęła skrobać, rzucając oskrobane do brudnej, zamąconej wody.
— Tako psio pokusa! — mruczała sobie od czasu do czasu, a chwilami szeptała «Zdrowaśki».
— W Imię Ojca i Syna! — żegnał się Błażek, wstając od skrzyni. — Dyabliby ta zmówili przy wos pocierz! Trzescycie, jak stare cierlice.
Posunął się ku drzwiom.
— Stul pysk! Nie obrozoj Boga!
— Kto obrozo?! — odwrócił się do żony.
Ucichło na chwilę. Stary wyszedł na boisko, «głuchy Józek» oprawiał kerpce, a baby