Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uwijały się ze skrobaniem, żeby jak najprędzej uwarzyć śniadanie, bo już «za ramieniem połednie».
Zanim jednak ziemniaki uwrzały, zanim je matka ocedziła, musieli wszyscy zjeść po pół kopy «dyabłów», «głuchych psów», «psie wełny», «psie sierści», «zdechlin» i tym podobnych delikatesów. Ze psa nic nie zostawili, ani strzępka; tak go obrobili doszczętnie.
— Bedzie to śniodanie, cy nie?! — krzyknął Błażek już w sieni, idąc z boiska.
Lecz zaledwo wszedł za próg do izby — «wsuła mu baba między ocy pornoście grzychów, kunirując, co się ino zmieściło». Zrobili w izbie taki «toter», jakby się ze sto ludzi zeszło. Matka z córką wsiadły na ojca, że się nie miał gdzie podzieć. Przywierało wszystko na nim, jak na psie. Szczęściem «głuchy Józek» wmieszał się pomiędzy nich, i na niego wylała się cała wezbrana złość matki i siostry. Stary zemknął ku piecowi i poskurczał się na ławie, rzekłbyś, że «Bogu ducha winien — nic więcej», a «głuchego» przysiadły baby, że im się ledwo zdołał wymknąć.
Odetchnęli na chwilę, gryząc w cichości gorzką żółć, obsiadłą na sercu.
Niechby teraz kto obcy palec między nich wetknął — wszyscy rzuciliby się na niego, jak podrażnione osy. Poznałby nieszczęśliwy, co to