Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wrócił się ku ścianie. Rozłoszczony ojciec zamierzył się pięścią.
— Wstawoj, ty głuchy psie! Bo jak cie polnę!...
Chłopak wytrzeszczył szeroko zaspane oczy.
— Nie cujes, co ci godom?
— Przeklęty łysopol!... — wypadło od nalepy, gdzie baba rozdmuchiwała wągle.
— Tłuką się i tłuką, jak pięćset dyabłów razem, juz od samego świtu! — poczęła Maryna dojadać ojcu.
Błażek ucichł i ukląkł przy skrzyni do pacierza.
Czuł wiszące nad łysą głową ciche sprzemierzenie bab na cały dzień i dał spokój Józkowi, chcąc zabezpieczyć sobie jego pomoc. «Syn zawdy powinien za ojcem» — uczył go od mała, by mieć na starość oparcie.
— Tako psio pokusa! — mruczała baba, kładąc drwa na ogień.
Maryna zatknęła za pas onuckę, siadła pod oknem na ławie, przysunęła koszyk ze ziemniakami i poczęła skrobać.

Józek zwlókł się pomału z wyrka, przeciągnął kości parę razy, aż zaskrzypiało w stawach, ziewnął szeroko, jak od Palenicy do Starmacha[1] i począł iść ku nalepie z zam-

  1. Sto sążni (przysłowie)