Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem, a Wikta posprzątała miski, znaleźli się znów razem z ciepłej izdebce. W piekarni, izbie dymnej, skąd ciepło zaraz po wypaleniu na nalepie ucieka, siedziała sama «służąca z dzieckiem». To dziecko było kamieniem niezgody między Jantkiem a żoną. Przy każdym jedzeniu musiała mu je zbaczyć, a on, wściekły, nie dojadł, ale łyżką prał o ziem i odchodził z nogróżką, że się to raz musi skończyć. O jakim «skończeniu» myślał — trudno było dociec...
Ciągłe swarzenie na ojca ustało, a poczęło się umęczenie córki, kiedy się Jędrek nie dożenił... Odtąd stale, przed każdym jedzeniem przypominała jej matka dobitnie, że «raz musi dokończyć (niech się co chce dzieje) i złapać Jędrka, zanim mięsopust nadejdzie» — tu szedł ostatni, najsilniejszy argument, że się «łatwo mogą ze ślubem spóźnić»...
Ojciec, pomnąc swoich udręczeń, brał córkę w obronę, choć sam w duchu przyznawał racyę żonie... Zresztą chciał mieć zawdy swoje zdanie, by żonie ani na chwilkę bez myślnie przeszło, że stoi pod jej władzą... Trzymał się stale opozycji, nie domyślając się, że to broń słabszych...
Jednak przed rozumem żony miał wielki respekt. I nieraz se już pedział, że jego «baba, to przeznaczenie»...