Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— E, dałabyś pokój raz tym wykładaniom — ozwał się ojciec oblizując łyżkę. — Lepiej pójdźcie jeść, to se przy jadle powiecie, co macie pedzieć. Że się Jędrek nie dożenił, to się dożeni... Na wesele zawdy czas.
— Zaś ta nie zawdy!... — zaprzeczyła żona. — Zwleka się, zwleka, a potem się ze ślubem spóźnią... i co bedzie? Dość już śmiechu ludzkiego i obrazy boskie.
— Toś mogła Wikty na boisko nie wyganiać! — rozsierdził się chłop. — Miała ka w izbie legać... a tyś matka od tego, rozumiesz?!
Żona, zamiast wpaść w większą pasyę, przeżegnała się dwa razy.
— W Imię Ojca i Syna... Jantuś! Co se ty przybierasz do głowy? To ja może Jędrkowi raiła, kany Wikta śpi? Co? może ja?!
— Eh — machnął ręką — tu nie o to idzie. Młodemu raić nie trza, sam trafi. Ino trza było strzec... rozumiesz? Bo dziopa, jak zwyczajnie dziopa, niedowarzona.
— Alę... wyście wszyćkie niedowarzone! — dodał po chwili i jął się jadła.
Wikta tymczasem zdjęła łachy i siadła z matką obok miski. Jedli jakiś czas w milczeniu, każde zajęte swoimi myślami, a może wszyscy jednymi, bo sięgali na jedną miskę... O Jędrku już nie było mowy.
Po obiedzie, gdy ojciec poodbywał się z byd-