Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co uradzi, to się musi stać, choćby się człek na głowie postawił...
I jak powiadał, ożenił się z musu, bo już «od maleńkości bał się przeznaczenia».
— Ale cóż? — mawiał. — Jak cię ma trafić, to cię trafi... Ono za człekiem łazi jak cień... I choćbyś do mysie dziury wlazł, to cię najdzie...
Wiarą w «przeznaczenie» słodził swój żywot i pchał tę biedę nieszczęsną, jak mógł.
«Godnie święta» nadeszły... I Jantek, wygrzewając plecy koło pieca, medytował, czemu te święta ino raz do roku...
— Musiał nie bardzo dbać o ludzi ten, wto je ustanawiał — myślał se cichutko, ale się bał głośno odezwać, bo mu «wóla Boska» zamykała gębę. Na wólę boską zwalował wszystko złe na świecie... I z tym mu również było dobrze.
Grzejąc się przy piecu i medytując pozierał ku żonie i córce, które cosi uradzały w kącie... Ciekaw był bardzo, co one tam szeptają, ale na złość słówkiem nie pisnął...
— Radzicie, to radźcie! A ja i tak muszę mieć swoje słowo na ostatku. Ono się ta beze mnie nie obejdzie... — myślał i czekał końca, nie bez racyi, bo żona nakładłszy w uszy Wikcie, co się jeno zmieściło, odezwała się głośno:
— A ty Jantek pamiętaj se dobrze, żebyś mi Jędrkowi hańby nie zadawał, jak tu jutro przyjdzie.