Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dyć to prawda, choć to i śpiewka... — podumał chłop — Co powiecie?... Do krzty zabaczyłech! — zerwał się na nogi. — Trza wsuć ziemniaki, bo ogień zagaśnie...
Niezadługo siedzieliśmy w kolebie na żerdzi, wyciągając z watry opalone ziemniaki i jedząc smacznie ze solą.
Po wieczerzy ułożyliśmy się na sianie, przyniesionem z kopy i pookrywali płaszczami grzeszne ciała. Sen jednak nie przychodził. Myśli każdemu leciały przez głowę, jak w opętaniu.
— Nie porada usnąć! — dźwignął głowę mój sąsiad.
— Nie porada.
— Mówcie co!
— Mówcie.
Podumał chwilę, wreszcie zaczął:
— Jak niebożyczka matka umarli, to już temu bedzie... Kieloż bedzie?... Chyba śtyrdzieści roków... A jak ja się ożenił, to bedzie... Kieloż bedzie?.. Może trzydzieści pięć roków, abo i więcy... To, wicie, bez cały ten czas nima ani jednego dnia, cobych se pedział: Chwałaż Ci Panie Boże!... Ino cięgiem idą fale na człeka, jedna za drugą, bez ustanku, jak nic to, to-to, a zawdy musi cosi gryźć...
— Każdy ma swojego gryzia... — rzekłem, patrząc w dopalającą się głownię.
— Najwięcej kłopotu, toch miał z babą... Bo