Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drzewiej, palili wszędy po wierchach smolne słupy...
— Na co? — Bo padali, że panowie pudą od Babie Góry i bedą wszystkich rznąć z kraja... Naród się strachał i krył po lasach i wtedy to, wicie, dawali na znak jedni drugim ogniste wici... Hej! Były to czasy, były...
— Cicho-no, ktosi śpiewa...
— E, dyć!
Skoro wiatr nieco ucichnął, doleciały nas wyraźne słowa:

«Polana, polana
Bogatego pana —
Polanę skosili,
Pana obwiesili»...

Chłop spojrzał na mnie ciekawie.
— To, wicie, taka zwyczajna śpiewka... Nikt jej nie układa, ba, sama się rodzi, jako ten wiater co duje po lesie...
— Zwyczajna śpiewka! Ktoby pedział...
— Pasterze se śpiewają... Słyszcie-ino!

«Panowie, panowie
Bedziecie panami —
Ale nie bedziecie
Przewodzić nad nami»...

Echo grało i niosło w nieskończoną dal przejętą nutę, połączoną z szelestem bukowych liści.