Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Za Cyrka! — powtórzył pisarz i zaraz dodał: — Dwa tygodnie słonka nie widać. Paniezus zasłonił swoje oblicze przed nami...
— Bo my niegodni...
— Kto niegodny?!
Powstał hałas. Z hałasu nic nie można było zrozumieć, tylko jedno słowo: Cyrek.
— Ta psiakrew! Ta nas gubi...
— Dyabłu duszę zaprzedał!
— Ksiądz pleban... — począł pisarz.
Nie słuchali go. Zajadłość na Cyrka rosła; dopowiadali o nim coraz to nowsze historye.
— Idę se — mówił Tomek — wyjrzeć na pasterzy, a ten, wiecie, co robi w samiutką sumę? wiecie?
— Co?
— Kwiczole chyta... «Zjadłeś ty dyabła, aj-eś ty zjadł» — powiadam mu — «toś tu? A któż za ciebie w kościele?» — «Ja — pada — za siebie najął»... — «Kogo?» — pytam się. «Błażeja Szczyptę» — odpowiada. — «Ja mu siekł, a baba mu żęna»... «Poczekaj, hyclu!» — mówię mu — «dyabli Szczypty za ciebie do piekła nie najmą; musisz ty sam odsługować»...
— Siedem roków, jak nie był do spowiedzi...
— A przed kościołem mieszka...
— Luter krotny! heretyk!
Wójt się wmieszał.
— Nie pije, pada, ani do karczmy nie chodzi...