Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pisarz ku niemu oczy gniewnie obrócił.
— Bieda jest w grzechu, a grzech w biedzie! Rozumiesz teraz?
A gdy wszyscy milczeli, podniósł głos i tak prawił:
— Ksiądz pleban dokumentnie wyłożył, o co się rozchodzi. Nie idzie — prawi — o tych, co się zabawią w karczmie, albo w Kółku. Bo co biedny człek ma w niedzielę robić?
— Hej! — potaknęli.
— Ino o tych idzie, co pod dzwonnicę nie zajrzą, a dom Boży obchodzą z daleka... Ci to heretycy, niedowiarki — prawił — co niedzielę świętują w chałupie, wymijają ućciwych ludzi, do spowiedzi nie idą, jak rok długi, ba ino grzeszą i grzeszą... Oni to rozumu uczą się z pism dyabelskich i bezbożnych książek, oni to dyabłu zaprzedali swą duszę na wieczne zatracenie.
Tu odsapnął pan pisarz i wychylił szklankę.
Potem otarł pot z czoła, na którem żyłami wypisane stało kaznodziejstwo.
— Jest tu między wami kto taki, co widział te bezbożne pisma?
Milczenie.
— Chwała Bogu! Sprawiedliwość nie odeszła z narodu... Was to Bóg karze za tych zaprzedanych; cała wieś cierpi za jednego...
— Za Cyrka! — szepnął Tomek.