Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— E, bo mu dyabli wódkę noszą do chałupy! Co się ma fatygować?
— Dyć niejak!
— Powiesić psiąkrew, to sie upamięta...
— Nauczyć hycla rozumu!
Wszyscy porwali się od stołu. W oczach każdego zaiskrzył się groźny, ponury fanatyzm.
Nagle drzwi się otwarły i do izby wszedł Cyrek.
Dwadzieścia nóg raptem posunęło się ku niemu, dwadzieścia pięści ujrzał nad swą głową. I zamiast się przerazić...
— Zaczkajcie — rzekł spokojnie. — O co wam to idzie?
Połowa pięści opadła.
— Ty, niedowiarku, ściągasz na nas pomstę! Bez ciebie deszcz leje!...
— Dejcież mi usiąść! — ozwał się Cyrek i, zwracając się do wójta, szepnął: — Cztery flaszki!
Wszyscy, ździwieni, odstąpili go, patrząc po sobie, a wójt skoczył do szafki i postawił na stole cztery litry.
Cyrek podszedł zwolna i nalał.
— Kto nie pije?
Nikt nie odpowiedział, więc przypił do pierwszego z kraju. Poprzysuwali się w milczeniu i nieśmiało. Żaden nie chciał być ostatnim. Pisarz jeno zapomniał sobie o zwyczaju i wypił tylko jedną szklankę.