Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gnął pisarz — tego uszy staną otwarte na wszelkie słowa mówiące i pisane. I stanie mu się we łbie jasno, mówił ksiądz pleban...
— To już wiemy!
— I... pozna wszelkie arkana wiary naszej przenajświętszej i będzie jako on filozofus, który okiełznał emanacyę...
— O czemże wy gadacie? — szarpnął go Jędrek za rękaw.
Pisarz, zbity z tropu tak niesłychaną uwagą, chrząknął raz, chrząknął drugi raz, wreszcie wychylił duszkiem stojącą przed nim szklankę.
— Bieda jest, bo jest! — począł, ocierając usta.
— Tak mówcie! — wrzasło paru — co tam filozofy!...
— A wiecie, skąd się bierze?
— Ba! Kadukby ta odgadł... Przyszła i jest psiapara.
— A co gadał ksiądz pleban?
Wszyscy się zastanowili.
— No, co gadał? Powiedzcie... — szepnął Tomek.
Pisarz potoczył dokoła okiem filozofa, «który okiełznał emanacyę»...
— Grzech jest w narodzie! — huknął. — Grzech jest i nic więcej...
— A bieda kany się podziała? — wtrącił Jędrek żałośnie z końca stołu.