Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wał, ze sie zdrzymie choć na tę małą chwilę — ale co byś!... ledwoch zemzał — jak wrzaśnie ktoś z ulice!... Piersego dnia, tom sie zerwał na równe nogi. Myślałech, ze sie Rzym pali. Wyzieram oknem, kany co takiego — a to mała skucina, Włoch, wiezie na wózku zieleninę i tak sie drze okropnie. Jakby go kto ze skóry łupił. Legam na nowo — znowu! „Zebyś na wieki ochrypnął” — zycę mu juz we złości. O, je za chwilę trzeci, cwarty — i tak do śródpołuń. Za parę dni tom juz całą tę letaniją wrzasków znał na pamięć. Ledwo sie na świt namieniało, juz woła: „Insalata! salati!”, potem: „Spinati! lasparagi!”, i juz nie bacę dalej. Skoro z jarzyną przestali, zacynało sie z gazetami. „La Tribuna! Avanti! II Popolo” i diabeł ta juz wypamięta reśtę. A to na rozmaity sposób: jeden krótko, jakzeby go w podeswy parzyło, drugi przeciągle, jakzeby go na wolnym ogniu przypiekał, insy załośnie, jakzeby mu ociec przed godziną skonał, a każdy ino w tym ma pychę, zeby sie najgłośni udrzyć.
Po paru dniach poznawałech juz wsyćkich po głosie. Jeden był — ten co najwcesni zacynał — taki juz z tym głosem przeobmierzły, zebych był wolał wilka na pustym polu usłyseć. Jednego rana pan woła na mnie bez ścianę: „Idź no, Jędrek, uspokój go, bo mi głowa pęknie”. Mnie tyz ta nie trza było dwa razy gadać. Ja juz dawno miał złość na tego hycla, bo widać na despet tu sie