Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tak darł, coby nas skłócić — z dalsa słychać go było duzo cisej. Zebrałech sie w ty minucie, nawetech kyrpców nie obuwał, wypadłech na ulicę, dołapiłech go i omłóciłech po pysku w porządku. Byłbych go był i więcy ukrzywdził, ale mie lutoś wzięła, bo to nikłe było, myślę se: „Bees miał doś”. Wróciłech do stancyje — pan sie bez ścianę pyta. „Coz tam?” — „Juz uspokojony” — odpowiadam. „Dobrze — mówi — ale coz to za krzyki?” Rzeczywiście słychać było krzyki i hałasy z dołu. „Pójdę wyjrzyć” — powiadam. Ledwoch do schodów doseł, a tu sie wali cała hurma Włochów, krzycą, gdakają jakoś po swojemu i chcą mnie ocywistnie zahereśtować. „Jakim prawem? — pytam sie. — Ja tu nie swój, bo ja słuzę u pana”. Ci nic, ino do mnie. Ja tyz: „Jak sie nie ustąpicie — mówię — to was wsyćkich co do jednego wymiete!” Na to wyleciał mój pan bez ubrania i zacął z nimi w ich gwarze sie kłócić, dopiero mie opuścili,! ale nie odeśli, aze im pan zapłacił dwadzieścia lirów, jako śtraf za mnie, bo sie pokazało, izech nie tego uspokoił, co trza, ino insego jakiegoś przechodnia. Potem pan mi powiedział, ze mnie ino latego nie zamkli, ize mnie za niepocytelnego podał. No, dobrze, myślałech se, ale to głupie mają prawa, to przecie ten cłek, com go niechcęcy ukrzywdził, ni miał na gębie napisane: nie ten.