Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szało — i złe i dobre, i gorsze i lepsze, i sprawiedliwe i niesprawiedliwe — że się już do znaku stracił i, jakby mu omamienie mgłą na oczach siadło, ujrzał się niby przed jaskinią czarną, którą silił się oczyma przebić czując przy tym, iż gdyby się jego oczom rozwidniła, to już potem wszystko — całe życie — stanie mu się jasne. Do znaku tak jak we śnie.
I gdy tak silił wzrok w tę ciemność długo, uporczywie — a na płacz mu się już zbierało z tej próżnej niemocy — obaczył nagle przed oczyma smoka, który wychylił łeb potworny z czarnego otworu, wywalił na patrzącego ozór taki długi, że jak życie życiem nikt pewnie nie widział takiego ozora, i cofnął się pomału nazad do jaskini. Wyraźnie drwił z Kurzawy.
Wtedy to po pierwszy raz napadła tego dobrotliwego z kośćmi człeka taka złość nieopętana i — można jeszcze dodać — taka wściekłość, iż bez momentu namysłu rzucił się ku tej jaskini, aby tę potworę głupią za jednym zamachem zabić, a jeżeli się nie da, to przynajmniej po tej drwiącej mordzie skuć tak, iżby się jej posoka puściła.
Ale cóż, gdy już mocno z tym zamiarem ruszył, wszystko mu naraz zniknęło sprzed oczu: i smok, i czarność, i jaskini — omamienie go odpadło i widział jeno dookoła życie podobne jak przedtem.