Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z temi portkami... (Podniósł nogę na stół i pokazał). Prawda? Sukno, jak zwycajnie? Niby wyrobione rękom... He! he! A to o połówkę tańse — masynowe. Ale nikt z bliska nie ozezna.
— Powiem wam... bo ja ten talant od dawna prowadzę, to mi nie dziwne... Ludziom zawse taką ostroś na twarzy pokazujcie, jakby o wielgą rzec chodziło. Wy sie w duchu mozecie śmiać, ale broń Boze wam to pokazować. Juz by wam nie uwierzyli na drugi raz. Wiecie — ja sie trochę od ludzi ucył, a trochę ze siebie... I księza na jambonie tak sie sprawiają. Latego naród słucha, wierzy i nieraz nawet niejeden sie zbecy. Tak trza i tu... Ale co ja wam bede gadał, kiedych widział dziś, że wy to umiecie.
— Ależ... kiedy ja to naprawdę... ze serca... szczerze... — jąkał zdumiony więcej niż urażony w dumie swej powieściopisarz.
— No, przecie my tu sami, to nie potrzebujecie gadać... Ze mną mozecie być tak, jak ze sobą, bo ja ten talant od dawna prowadzę.
Ludziom trza, co by uwierzyli, ze to scyrze, bo oni wsyćko naprawdę bierą. A tu cłekowi przecie o to idzie, coby sie i uśmiał, i ubawieł głupością ludzką, i zarobieł przy tym — no nie? Przecie to nie grzych. Na to Pan Bóg jednych stworzył, coby sie drudzy z nich śmiali. Ale ludzie niektórzy sami nie wiedzą, cego chcą. Chcą niekiedy od cłeka, coby i smutnie opowiadał. Do-