Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Baja, który już długo w bocznej salce czekał i przeze drzwi pozierał, rychło się tam wypróżni.
— No, to my sie naleźli!...
Powiedział to tak radośnie, jakby skądś z daleka szedł i szczęśliwym trafem go napotkał.
— Nie będzie wam za przeskodą?
Nie czekając odpowiedzi wziął stołek i przysiadł się do stołu.
Powieściopisarz, myśląc, że Baja okazji do napitku szuka — a znał go już z opowieści i wiedział, iże z gośćmi bywa poufały — zawołał o jakiś trunek.
— Nie zawadzi — rzekł Baja — przy tym sie i lepiej gwarzy. Wiecie... takich ludzi jak my dwa, to ze świecom sukać. Ja was od razu pojął, jakeście ino do połówki w tym cytaniu dośli. Tak zgrabnie umiecie owijać wsyćko, ze sie widzi: scyra prawda. To właśnie nie byle kto potrafi. Ja juz ten talant prowadzą oddawna — i powiem wam: nic sie tak nie udaje ludziom, jak taka rzec, co do znaku do prawdy podobna, a całkem nieprawdziwa. A kiedy ją jesce przybrać umiejętnie — słowami niby, coby wyglądała jak na ten przykład niektóra z pań, co to powiesa po sobie rozmaite siorce, a widzi ci sie: scyry jedwab — to to, moiściewy, straśnie sie ludziom udaje. Ho! ho! bo ludzie miewają wźrok bystry... Bliskich rzecy ino nie ozróźniają. Ale to sie i bydłu przytrafia. To tak na przykład, wicie, jak