Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


brze — ja i to potrafię. I tak bywa: Jedni smutne historyje opowiadają, a drudzy smutnie słuchają. A potem jedni i drudzy sie ciesą. I tak jedni drugich cyganią, jak mogą.
Baja, wypiwszy widać trochę dużo, głowę zwiesił i chwilkę się zadumał.
— Jakby cłek chciał gadać scyrze, to by musiał nic nie pedzieć...
Zerknął przy tym na powieściopisarza, czy go nie zdumiał takim mądrym zdaniem — bo nie musiałby być Bają, jakby tego nie zrobił — a widząc, że powieściopisarz słucha niby nie słuchając albo udaje, iże nie rozumie do czego Baja prowadzi, wrócił do poprzedniej gwary.
— Tak, moiściewy kochani... Wsyćko w ręku boskim... to jest... chciałech powiedzieć: wsyćkiemu cłek da radę, jak ino chce. I ja nie mało podeznał, zanim-ech na ten talant przyseł... Teraz mi sie juz, chwała Bogu, doś dobrze wiedzie. I wam sie będzie wiedło, ino se tak pocynajcie jak wam doradzam. Bo ja ten talant oddawna prowadzę, to mi nie cudne. Tak se nic nie dejcie po sobie pokazać, ze to nie jest was talant, ba przeciwnie, coby każdy wierzył, izeście sie z tym urodzili. Wsyćko od Boga...
— A co zaś do tych historyj, co opowiadacie, to najlepiej z daleka — tak coś nie coś — niby o pogodzie — ze to niby nie o tę rzec idzie... A potem blizej, coraz blizej... o samej rzecy... o cem