Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ty myślisz, brzuchaczu — mówił do wójta — że nie wiem, za czyje pieniądze balujesz? Dobrze ogoliłeś gminę przy kupnie lasu.

— Ten zelator — znów o przysiężnym naocznie — co sie na raz z dwóch książek modliwa, tak myśli okpić Boga jak bratańca, co mu grunt zajął.
I tym podobnie. Wytykał wbrew, co go jeszcze więcej od ludzi dzieliło.
Roboty miał coraz mniej, bo trafiło się, że zadatek przepił a nie zrobił. — Kto chciał mieć przezeń zrobione odzienie, brał go na czas roboty do domu. — Otrzymawszy zapłatę pił, dopóki starczyło.
Teraz pił już ze zgryzu. Pił sam. Nieraz przez tydzień nie opuszczał karczmy.
Gdy tak samotny w rogu szynkownego stołu z głową opartą na dłoni w posępie osieroctwa siedział, imały się go marzenia, których dawniej w umyśle nie miewał.
— Coż mi to ta wieś? — mówił głośno. — Nudy! Człowieka nie uświadczy. Jakieś sietniaki pokraczne, a byli tu drzewiej ludzie — ho, ho — tym sie ani przymierzać! Stanął se taki w uboczy, gwizdnął — kierdele owiec za nim jak płatki śniegu. Sypią się, sypią, bieluśkie. Z wierchu na wierzch jak sięgnął, siekierkę drugiemu podał. A jak szli gromadą, w kupie, to jakby szedł las. Wesele jak jechało, to powietrze się trzęsło. Byli ludzie! Hej, hej, ka się to wszystko... Może i są