Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nych chwil miętkości Jasia i odkupywał kawałki za bezcen.
Jaś zauważył pochyłość, po której zsuwał się nieznacznie a stale, lecz nie mógł się już wstrzymać.
Gdy gruntu nie stało, jął przepijać las.
Nadszedł dzień wreszcie, że brakło Jasiowi pieniędzy i kredytu. Zaczął się tedy obzierać na ludzi — ale ci jakby się nie dorozumiewali, o co chodzi.
Zauważył ze zdziwieniem, że go inaczej teraz zaczęto traktować. Nie wołano go, jak zwykle, gdy się w progu karczmy jawił, nie proszono go ku sobie, nie częstowano, Nikto się nim nie interesował. — Jakby się nagle w obcej wsi zobaczył. — Gdy zbliżył się nieproszony ku jakiej kompanii siedzącej za stołem, nasłuchał się tylu docinków kłujących, że odchodził ze wstydem i bólem.
Jęła się w sercu jego dźwigać złość, której dotąd nie miał. Przemagał się jednak. Chciał z ludźmi witać się jak dawniej, ale go często to nie zauważano lub odpowiadano skinieniami ledwo, jak z łaski.
— Ho, ho, coż to jest?
Jaś przyjrzał się ludziom lepiej i jakby omamienie z oczu jego spadło. Gniew go obujął. Zaczął prawdę mówić w oczy, kto bądź był, nie przebierając. I tykał wszystkich zajedno.