Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeszcze kany — bo czy to tu świat?... Świat jest tam — poza morzami — na cypryjowym brzegu...
— Co, Jasiu, pleciesz — ktoś powiada. — Jaki cypryjowy brzeg?
— Co ty wiesz o świecie? — obruszył się Jaś. — Coś ty widział? Płot ze swojego okna. Tuś sie ulęgnął, tu umrzesz i tu cię pochowają. A świat sobie tam rośnie — wielominy kwitną...
— Jakie znowu wielominy?
— Drzewa, mój bracie. Takie drzewa, co same śpiewają.
Uśmiechał się ów wzgardliwie i odchodził za swoimi sprawy ostawiając Jasia marzącego.
Ktoś, co z Ameryki wrócił, przyniósł taką skrzynkę, że gdy się do niej przez szybki wprawione patrzało i pokręcało z boku umieszczoną korbką, można było różne miasta i kraje uwidzieć.
Nasz Jaś potela zabiegał, pokiel tej cudo-skrzynki na własność nie zdobył. Tedy, siedząc w karczmie, patrzył w nią przez szkła godzinami, zwiedzał dalekie kraje, wojażował.
— Cóż tam, Jasiu, widzisz? — pytano kpiąco.
— Przypatrz sie. Wieża... Cudo dziwne. Stoi, a leci.
— Edyć.
— Miasto na morzu... — objaśniał znów.
— Hale — na morzu... To ino łudzi sprzęty takie.
— Ostaw! — odbierał skrzynkę. — Nie każdy godzien świat widzieć.