Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siwka coś kuleje — to niechże będą dwa), furmanowi sprawi krakowski strój z pawim piórem (wystarczy pióro ostatecznie) i pojedzie do miasta... Gdy powóz będzie mijał bramę gimnazjum, krzyknie gromko na furmana: „Hou, stój!”... i z wysokości siedzenia spyta zdumionej przekupki:
— Poznajecie mnie, matko?
A gdy ta nie będzie wiedzieć, co ma na to odrzec, powie jej (z odpowiednim do ważności chwili namaszczeniem):
— Przyrzekłem zwrócić swój dług, gdy zostanę proboszczem. Oto jest...
I gestem majestatycznym rzuci jej na stół wypchaną sakiewkę.
— Hm... sakiewkę — zamyślił się. — Łatwo było cesarzowi...
Cóż w tej sakiewce być może... jakie piętnaście reńskich... To jej nie zaimponuje. Trzeba inny plan wymyślić.
Krążył jakiś czas po salonie, głęboko się zastanawiając. Nareszcie doszedł... już wie! Każe narznąć indyków, gęsi, kaczek — jest tego spory szałas — naładować na wóz, zawieźć jej i zeprać pod nogi ze słowami: „To ksiądz proboszcz z Wiórek oddaje za dług”. I więcej ani słówka. Tajemniczość...
Długo znów krążył po salonie, rozkoszując się tą myślą. W pewnym momencie przystanął.