Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ba, ale co na to powie Józefina?... (Tak od czasu, gdy został w swej myśli Napoleonem, nazywał Kaśkę-kucharkę). Tu tej rządy... Nie, trzeba inny plan wydumać — zadecydował po namyśle; i wobec ważności sprawy odłożył to na czas spokojniejszy.
Im dalej się wczytywał ksiądz Łopatka w księgi o Napoleonie, tym bardziej się utrwalał w przekonaniu o swoim z nim podobieństwie i — co za tym szło — współgenialności. Wspólnie czynił z nim dyplomatyczne zabiegi, przemyśliwał i układał plany, prowadził kampanie i wygrywał bitwy. A w tym wszystkim, co z uznaniem dla jego indywidualności podnieść trzeba, zachował swoje własne, częstokroć odrębne zdanie. W wielu razach nie zgadzał się z Napoleonem I, co do posunięć taktycznych — on, Napoleon II, inaczejby to wykonał — często też w decydujących momentach poprawiać musiał krok nieopatrzny Tamtego. Naprzykład w momencie owym bitwy pod Arcole, gdy się zwycięstwo przechylało na stronę Austriaków, a Bonaparte porwawszy sztandar cofającego się pułku rzucił się na most z impetem i odwrócił szalę losu...
— To nie przystoi wodzowi — mówił podczas obiadu do wikarego pod wrażeniem świeżo przeczytanej rzeczy. — To mógł wykonać pierwszy z kraja oficer. Wódz powinien stać na wzgórku i patrzeć na pole bitwy. Powinien mieć spokój