Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ski... A ja, przyznam się panu, mam takie dziś uczucie, jakby ten ogień we mnie zgasł... jakby go ktoś nogami zadeptał...
— Skądże to dziś u pana...
— Czuję próżnię... podczas kiedy tam czulem pustkę i żar. Och, tam!...
— A taką piękną pieśń niedawno wyśpiewał pan o sępie... Talent pański wciąż rośnie...
— Tak... „musi zginąć w życiu, co ma ożyć w pieśni“. Pij, przyjacielu!... Cichutko tu, zacisznie...
— Ale cóż powiedzą goście... Irys...
— Co nas to — do cholery... Pijmy!
Nachodziła go szczerość warszawska.
— Słuchaj, bracie... Kochałeś się w Irys... Nie zaprzeczaj. Mówiła mi o pewnym malarzu... znaczy się: o tobie... Och, czemuś ty wtenczas... Znasz dolinę Strążyską?
— Nie.
— Wszystko jedno. Winszowałbym dziś tobie...
Obaj my, bracie, nieszczęśliwi... Wypijmy „Bruderschaft“!
Piją. Prometeusz w rozczuleniu:
— Widzisz (wskazuje salę), tam jest „to, co nas pożera“... A ja czułem... Pamiętaj, nie chodź do doliny Strążysk!
— Cóż tam jest?
— Tam... kiedyś... krążył mój sęp...
— Więc nie na Kaukazie?