Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


blisko Kaukaz... Wszędzie te wstrętne góry... chciałam powiedzieć: te miejsca, co cię tak... wzruszają. Chociaż ty na Kaukazie nie byłeś? jak mówią...
— Stare dzieje...
— Prawda?
Uśmiechnął się w odpowiedzi.
— Drogi powiedz mi co wesołego o tym... sępie.
— ?
— Musiało zabawnie wyglądać, jak tak zlatytywał... i karmił się... co?
Prometeusz nagle sposępniał.
— Wiesz... ja go już kazałam zastrzelić.
— Co?!
Uniósł się. Lecz zaraz pomyślał: „Ja sam tylko mogę go zgładzić“.
A ona:
— Możesz mnie zabić za to.
— Iry! — odrzekł już rozpogodzony — mówisz jak dziecko...
— Bo ja... wszystko dla ciebie!
— Znowu łzy?... Iryś?
Całowal ręce jej, włosy, oczy — aż uśmiech na ustach jej zakwitnął.
— O, widzisz, tak najpiękniej.
Nie gniewasz się już za tego Sępa?
— Nie. Lecz, proszę cię, nie mówmy o nim.
— To ty nie myśl o nim