Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


byś ze względu na mnie oddalała się od ludzi. Mój świat — to pustka...
— A czy nie uciekalam od ludzi ku tej pustce, nim cię jeszcze znałam?... Czym nie szła ku tobie naprzeciw?
— Prawda...
— To też i teraz twój świat będzie moim.
— Iry najdroższa!
— Będę z toba włóczyć się jak mgła — po wierchach — ponad urwiska, przepaście...
— Słonko moje!
— Ach Tatry!... Nieraz śniłam, że chodzę z toba po tych turniach, żlebach, krzesanicach, a ty mi opowiadasz o skarbach tam zaklętych, o zbójnikach...
— Kochasz ten świat bajeczny?
— Niewymownie!
— Pójdziemy w ten świat, Iry...
— Tylko, mój drogi, mój złoty, zaraz po ślubie nie wypada. Za blisko. Po ślubie pojedziemy do Włoch. Albo nie. Do Włoch wszyscy jadą. Nawet Stacha z mężem — choć jej ojciec robi tylko w detailu. Gdzieś, gdzie rzadko kto od nas... do Szwecji! albo Norwegji! Ach fiordy! fieldyl Jak ja kocham fieldy! To musi być coś wspaniałego. Dobrze?
— Wszędzie z tobą!...
— Albo wiesz, gdzie? Na Krym. Tam podobno drugi Neapol... cyprysy!... Tylko, że tam znowu —