Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co cię ludzie obchodzą?
— Teraz mniej... I to mię również niepokoi.
— Ach te niepokoje wieczne?... Zabij je w sobie, zniszcz, odpędź — nie daj do serca przystępu...
— Hm... — tak powinien mówić mój wróg.
— No nie! Ja tak tylko... Nie myślałam wcale... Promuś!
Zesmutniał i zwiesił głowę (Dlaczego znowu „Promuś“?)
— Mówiłam ci przecież, że chętnie pójdę z tobą — tam i wszędzie, gdzie zechcesz. Ale jeżeli miałabym ci być kulą u nogi, wolałabym... wolałabym...
— No, Iryś... cóż znowu... skądże to przypuszczenie?... Łzy? Na Boga, lry... bo zcałuję.
— Ja tak góry kocham (przez ciebie), a ty mi ciągle wyrzucasz...
— Nic nie wyrzucam.
— Z ludźmi pozrywałam (dla ciebie) i u nikogo nie bywam...
Prometeusz zdziwił się tym jej słowom, zastanowił się nieco, lecz wnet wątpienie jego się rozwiało, gdy pomyślał: „Musi tak być zaiste, skoro tak mówi. Zapewne już u nikogo nie chce odtąd (ze względu na niego) bywać“. Z wdzięcznością rzekł:
— Dziękuję ci. Nie wymagam przecie, Iry, że-