Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Iry...
— Bo pocóż wracałbyś do tego, co cię żarło.
— To jest rzecz... widzisz, trudno wytłomaczyć... Coś każe dawać się w ofierze... jakaś odpowiedzialność wobec trybunału, który jest jakoby wewnątrz nas — i sądzi... Nigdzie ucieczki od tych sądzących oczu...
— Ucieknij, schroń się ku mnie...
— Tak... gdy w twoje jasne oczy patrzę, tracę ten wzrok sądzący... Lecz wstaje znów niepokój we mnie, jakby jakoweś zawinienie...
— To nerwy, wierz mi, to tylko nerwy. Zżarła cię ta męka, ten... ten... sęp!
— I wiesz... Hm, spowiadam się tobie, jak duszy swej...
— Twoja! — rzekła ciepło, przytulając się wdzięcznie ku niemu.
— Jest jeszcze jedno, co mię niepokoi... Nie czuję już w sobie tego żaru — od ognia, który bogom wydarłem...
— To ten ogień, co z Olimpu?...
— Tak — miałem go w sercu...
— Toż to piekło!
— Piekło i raj... Wszak to ogień boski. Trwożę się, żeby nie zgasł...
— Nie zgaśnie, jak ci o to chodzi...
— Na pustce rozżarza się, jakoby od wiatru, a pośród ludzi przygasa, a przecie ja go dla ludzi...