Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ogień święty... Lecz ogień nieśmiertelny. Sain dłońmi swemi wyniosłem go z Olimpu...
— Ach! słyszałam — rzekła z podziwem panna Irys. — Wiele o panu pisali... I przyznam się panu szczerze, że czasem te pochwały zdawały się mi przesadne. Ale jak pana poznałam...
— Cóż ja... zaprawdę nie zasłużyłem — jąkał, wzruszony. Po chwili jął się znów spowiadać. — A drugą myślą, która mię nie opuszczała, to sęp... Z początku złorzeczyłem bogom i myślałem o nim ze strachem... później z goryczą... a potem z pewną sympatją... a nawet, przyznam się, tęskniłem za nim...
— Ach, ja pana rozumiem... — szepnęła ze współczuciem.
— Gdy go długo nie było widać, wzywałem go. Nie dziw — karmił się moją krwią serdeczna. Byliśmy niejako krewni.
— A ta rana... Pokaż mi pan tę ranę! Odkryj się, jak przed siostrą.
— Niech pani przebaczy, nie mogę teraz... może później...
Milczeli oboje czas jakiś.
Prometeusz, wzruszony jeszcze, począł: — Co najboleśniej rani, to właśnie jest drogiem... drogo przez ból kupionem, przez ten ogień. Sto kar niechby podobnych... skradłhym jeszcze! Miłość przemienia.